Porzycki ku Tuśce się zwrócił.
- Widzi pani, jakie to proste. Zbił ją, ona siedzi na murku, on pali fajkę, za chwilę zaczną się godzić i nim słońce znów zaświta, la comedia e finita...
- Zawsze, jednak...
- E! Proszę pani, w małżeństwie dumy i obrazy nie ma. Co warte małżeństwo, jest na savoir vivrach i na pomadkach oparte. Ot, szczerze, po prostu z mostu...
- Bić!...
- Chociażby... aby się później godzić!... Pani nie lubi się godzić? To takie miłe... Tuśka przygryzła wargi.
- Nie wiem o tym. Ja się z moim mężem nie kłócę, więc się i nie godzę.
- To pani źle robi. Ja się często umyślnie z kobietą pokłócę, żeby się z nią przepraszać. Zgniewa się, a ja ją za rękę i wycałuję. Porwał rękę Tuśki, podniósł ją do ust i całować zaczął. Ona zadrżała cała i zaczęła mu rękę wyrywać.
- Proszę pana... co to?... Przecież my się nie gniewamy.
- Ale! a o tę bombonierkę?
- Wszak wzięłam.
- Ale przedtem... a potem pani ma atłasową skórę na ręku, to pani wina... Zresztą księżyc świeci... moja złota pani, jeszcze trochę...
I znów grad pocałunków zasypał rękę Tuśki, biegnąc dreszczem dziwnym aż do ramienia, aż do łopatek ledwo odzianych peleryną.
- Zimno mi - niechże pan mnie puści.
Maskowała przed sobą wrażenie, jakie odnosiła z przylgnięcia jego ust do swej ręki, pozorami dreszczu powstałego z chłodu.
W oddali ciągle jakiś pies wył przeraźliwie i roztaczał tym jękiem wrażenie przejmującej melancholii.
Światła gasły kolejno - na drodze, całej mlecznej i jakby mgłą pociągniętej, nie było nikogo.
Przed nimi ogromne pole owsa łudziło pozorem rozlanego morza. Za nimi wznosiły się góry dziwnie potulne, miękkie, a te dalsze rozwiewne, prawie przejrzyste...
Tuśka uwolniła swą rękę z dłoni aktora. Uczyniła to prawie bez tchu. Zwróciła się ku domowi i szła wolno z głową opuszczoną. Za nią szedł aktor i mówił niskim głosem:
- Czemu pani już idzie do izby? Taki cudny wieczór... Możemy trochę posiedzieć na dworze.
Tuśka w duszy miała ogromną ochotę zostać, ale zdawało się jej, że gdy zostanie, to popełni coś bardzo złego.