Silne były i dobrze zamknięte.
Mocował się z nimi czas jakiś i nagle odskoczył, odsadził się i z całą siłą rzucił się ku oknu. Głowę opuścił i z wściekłością pijaka cisnął się nią o szyby. Cała chałupa zdawało się, że zatrzęsła się, brzęk szkła tłuczonego przeciął powietrze. Józek ryknął, odskoczył, ponowił napad i przez wybity otwór ręką usadziwszy ramę, szar- pnął wyrywając okno. Z wnętrza chałupy odpowiedział mu dziki wrzask. Józek, ze zwinnością kota ścisnąwszy się w kłębek, przez otwór okna wewnątrz chałupy wskoczył...
Tuśkę przeszył zimny dreszcz.
- Jezus Maria! - wybełkotała przerażona.
- Nie wzywaj Boga nadaremno - zaśmiał się Porzycki.
- Jakże... nadaremno... on... Nie dokończyła.
W chałupie aż się zagotowało.
Pisk dławionego zwierzęcia, charczenie, łomot, walenie ciała o ławy, o ściany - i to wszystko w ciemności, którą siała tajemnicza chałupa, w ostry cień spowita.
Tuśka mimo wali porwała za rękę Porzyckiego.
- Niechże pan idzie - zawołała.
- Tam?
- Tak... on ją zabije.
Aktor zaśmiał się swoim szczerym, serdecznym śmiechem.
- Nie, ale ją zbije.
- No... więc...
- Wielka awantura!
- O!...
- Tak, tak... co mnie wchodzić pomiędzy małżeństwo, a zresztą, widzi pani, już po krzyku.
Z chałupy, tryumfalnie rozwierając szeroko wrota, wyszedł Józek Obidowski i stanął, poprawiając serdak i szukając fajki. Księżyc bił prosto na niego i wydobywał jego męską, posągową piękność z nadzwyczajną siłą. Góral dyszał ciężko, jakby się spracował.
W chałupie była cisza zupełna.
Wreszcie Józek dostrzegł widocznie Tuśkę i Porzyckiego, stojących w topieli księżyca, bo rzucił ku nim w formie uspokojenia: - Zbiłek babę, posadziłek na murku i niek siedzi.
I oparłszy się o żerdź zapalił fajkę.