Cofnęła się za firankę, lecz patrzała, jak do Porzyckiego wybiegła Obidowska, pytając o męża.
- Poszedł jeszcze dalej w góry - odrzekł aktor gniewnie, wyjmując z furki swój serdak, ciupagę i jakieś drobiazgi.
- A bez co? bez co... kiedy oni wrócili?
- Nie wiem. Dajcie mi spokój - zmęczony jestem... Przynieście mi mleka. Listu nie ma jakiego? Wszedł do sieni i udał się do swojego pokoju.
Obidowska postała chwilę przed chałupą, wreszcie zawróciła i szła wolno w stronę szopy. Idąc dostrzegła Tuśkę w oknie.
- Widzieli - zapytała - jaki to wymęczony? I nie hańbi się... To z chlania wódczyska i z łajdactwa... a jakże...
Pokiwała głową i głosem, w którym drżały łzy, dodała:
- A wiedzom... mój nie wrócił! I poszła.
Tuśce zrobiło się i wstyd, i przykro.
Tak często myślała teraz o Porzyckim, że aż tymi myślami upiększyła sobie jakoś jego postać w myśli. Coś słonecznego biło od niego i rozsłoneczniało jej wnętrze. Lecz oto zjawiał się on sam i był zmęczony pijatyką, hulanką, malał, ginął w wyobraźni, niszcząc rzeczywistością to, co już zaczynało nabierać pewnego promieniowania i jasnej pogodnej wizji. Tuśka poczuła do siebie żal, iż dała się unieść jakiemuś niezrozumiałemu prądowi. Ścigała go myślą wśród gencjan, złotogłowia lub szarych złomów i kłębów mgły. Odsuwała tą dekoracją natrętne myśli o obecności "strzygoniów". A to "chlanie", ta bladość przywodzi ich korowód na pamięć. Wstyd! wstyd!...
Postanawia nagle wrócić do rzeczywistości.
Wzrokiem szuka Pity.
Widzi ją, jak stoi oparta o żerdź. Jasne jej włosy rozpuszczone rozsypały się, jak źle związany snop zboża, na tle granatowego żakieciku. Dokoła niej panny Warchlakowskie coś mówią żywo, śmieją się, gestykulują. Pita stoi między nimi nieruchoma. Twarzyczki jej nie widać, bo jest oparta o żerdź przydrożną pleckami. Widać tylko, jak kurczy się jakoś i głowę w ramionka wtula ruchem strwożonego ptaszka.
Tuśka czuje się zadowoloną z wypełnienia obowiązku macierzyńskiego. Dała Picie ową rozrywkę,
0 której mówił lekarz, i to rozrywkę odpowiednią, przyzwoitą i godziwą. Sama zaś musi wypełnić obowiązki dobrej żony. Siada przy stole, rozkłada teczkę i pisać zaczyna.
,,Kochany mężu! List twój otrzymałam. Cieszę się, że jesteś zdrów i chłopcy także. Co do naftaliny, to przyznam ci się, iż straciłam w nią wiarę, odkąd przeczytałam, że właśnie mole mnożą się w naftalinie. W każdym razie wdzięczna ci jestem za to, że zająłeś się futrami. Z palmą większa bieda i sądzę, że... "
1 tak dalej płyną sznureczki liter, omawiających kwestie futer, palm, fikusa, materaców, przyjęcia nowej sługi. Dalej następuje pochwała pani Warchlakowskiej, dalej słowo o Giewoncie, który jest bardzo "ładny" - dalej...