XV
Mija tydzień.
Ale jakoś się wlecze. Pogoda cudowna, mimo to Tuśka, a nawet Pita nieswoje, choć od rana postrojone i przeważnie siedzą u Warchlakowskich.
Strona 88
- To są sekrety tego pana - wyrzekła wyniośle, odkładając kartkę.
- No... dobry numer taki aktor! - śmiała się Warchlakowska. - Ta przez łzy patrzy na jego nie zajęte miejsce, a on z aktorkami po górach lata... Ja na miejscu pani wolałabym zażądać jego pokoju od gaździny i wygnałabym go, aby nie plugawił dachu. Bo pani nie wie... on tu jeszcze jaką damę sprowadzi i dopiero będzie szkandał!...
- Nie wiem jeszcze, co zrobię - odparła wymijająco Tuśka.
Głowa ją zaczęła boleć. Pomyślała, iż tak jak tam na Wareckiej dławiły ją mury kamienic, wznoszące się dokoła jak mury więzienne, tak i tu zaczyna dławić ją jakaś ścieśniona atmosfera, która powoli wałem od słońca i przestrzeni ją otacza.
- Może się pójdziemy przejść? - proponuje pani Warchlakowska.
Lecz Tuśkę ogarnia nagle bardzo wyraźna odraza do tego ślimakowego wleczenia się po gładkiej drodze z miną dystyngowanej damy, grzecznie spacerującej po parku.
- Dziękuję pani! - mówi, siląc się na jak najuprzejmiejszy uśmiech - głowa mnie boli.
- Najlepiej się przejść... zresztą, jak pani chce. Ja idę.
Podniosła granatowy, alpagowy, opięty kostium, na tyle jednak, że przyzwoicie dotykał ziemi, i wypłynęła jak kaczka na biel drogi.
Tuśka pozostała sama.
Patrzy na tęczową pocztówkę, patrzy na góry także tęczowe, tyle na nich barw się mieni, i dziwnego doznaje wrażenia.
Ta Obidowska, biegnąca z załzawionymi oczyma w górskie ciemnie i srebrne żleby, i ta druga tam daleko, przez łzy widząca puste miejsce człowieka, który znikł w tych górskich ciemniach i srebrnych żlebach - i... potem ona sama biegnąca wzrokiem jego śladem...
To wszystko - dziwne.
Nowe.
Niespodziewane.
A zwłaszcza... niepotrzebne!
Co ją to obchodzi?
A przecież...
Obchodzi!