Obidowska przysunęła się zupełnie do balustradki.
Złożyła na niej czarne, do łokci obnażone ręce, a na tych rękach wsparła twarz.
Była dziwna, dzika, ponura i zagadkowa. Włosy tłuste lśniły się w słońcu jak czarna, atłasowa, średniowieczna czapka. Każda bruzda w twarzy zdawała się mieć osobną swoją historię i osobną przyczynę łez, które ją żłobiły.
- Ja wim - mówi niskim głosem - że Józek ma taką maturę, że go do państwa pcha i mu z nimi dobrze jest. Ale jak się żenił, to wereda przysięgał, że o skałę się praśnie, a w góry z poństwem nie póńdzie... I ot, jak przysięgi strzymał...
Pomilczała chwilę i powtórzyła, jakby swoje własne echo.
- I ot... jak przysięgi strzymał...
Dwie duże łzy ukazały się w jej oczach.
Wypełniły całe źrenice, oszkliły ich żółtość i spłynęły po rzęsach rzadkich i jakby wypalonych. Chwilę zawahały się. Którą im płynąć bruzdą? Którą z nich wyżłobiły miłosne zawody? I nagle rozlały się w strugę, która objęła całą sieć tych zmarszczek i twarz okryła lśniącą, srebrnawą wilgocią, smutną i nad wyraz tragiczną.
Tuśkę nie zdjęła jednak litość. Nie współczuła ona tej kobiecie, która płakała za młodym mężem, ulatującym z gniazda jak młody ptak żądny swobody. Inna myśl zajęła ją całą. Myśl, co się dzieje tam, dokąd oni poszli - gdzie tak świeżo, młodo, dobrze...
Podstępnie zwraca się ku góralce:
- Moja gaździno... o cóż wam chodzi? Przecież tam nic złego się nie dzieje. Poszli, wrócą. Józek przewodnik... o cóż chodzi?
Góralce zapłonęły oczy. Łzy jakby żarem, co przesunął się po nerwach, oschły w jednej chwili.
- No... - wyrzekła wreszcie... - jakbyście tak widzieli, co oni tak wypiją, a jak się zawsze przewodnicy uchleją, bo to państwa bawi, to byście ta inaksej gadali... a jak się chłop uchleje, to on tam nie bacy, co robi...
Pokiwała głową, oderwała się od balustrady i ciężko stąpając odeszła w stronę szopy. Tuśka zamyśliła się nad jej słowami. Więc... piją, a gdy piją, nie baczą, co robią.
Przypomniał się jej ten gest Porzyckiego, śliczny gest mężczyzny obejmującego w posiadanie i ten powabny ruch kobiety, która na jedno mgnienie oka poddała się ku niemu, a potem wywinęła się jak wąż z tego uścisku...
Tak było na gościńcu, a tam w górach, pośród tych gęstych zarośli, które czarnymi płatami przyległy do ścian gór, pewnie jest jeszcze inaczej.
W słońcu, w swobodzie idą, śpiewając kanconę...
Oni - oni!...