- Wiedzom, poleciał na przewodnika.
- Kto?
- Ano on, Józek
- No, więc cóż? Tym lepiej, to zarobi.
- Ha, no... zarobi, dyrloga jedna!... zarobi, ale jo na taki gros niełakoma... Poszły z nim takie strzygonie, co to wiadomo, na młodego chłopa łase... no...
Zacisnęła zęby, aż zgrzytnęły. Wbiła nogi w ziemię ze strasznym uporem. Biło od niej tajonym gniewem i nagromadzoną w wyschłej piersi rozpaczą.
Tuśka spojrzała na nią zdziwiona.
- Ależ moja gaździno... - wyrzekła - dlaczegoż wam tak o te panie z miasta chodzi? Przecież nie mówicie mu nic za Hankę, a on się z nią całuje tuż pod waszym dachem.
- A!... to je co inkszego! Ona była przede mną, to wiadomo, jej prawo... A potem ona górska je, nasza, to jensza sprawa. A te mieńskie, jak idom na wirchy, to ino zęby scyrzeć...
- Mówiliście przecież, że Józek idzie z tym panem, co tu mieszka.
- A ino. Posed z nim i z tymi strzygoniami. Nabrali butelek i pośli na tyzień... No... kieby ich bym dopadła, skąsałabyk ich... choć stara, na śmierć.
Tyle temperamentu ma jej głos niski, ochrypły - tak wyć musi wilczyca zraniona, gdy sama zdycha gdzieś w jarze.
I głos jej znajduje niespodziewany oddźwięk w duszy Tuśki.
I ona nienawidzić zaczyna te jasne, wysłonecznione kobiety, które tam po wirchach jak owe kozice z głazu na głaz skaczą, lotne i zwinne, a pomiędzy nimi miga gibka postać męska.
Józek?... nie Józek. Nie tak smukły, ale za to bardziej wykwintny w linii, równie silny, zgrabny, zuchwały...
Ten drugi.
Porzycki?
I oddychają całą piersią, idą coraz wyżej ku słońcu, w bukiety czarnych smreków, ponad którymi jasna zieleń hal rozpływa się jakby seledynową chmurą.
Po raz pierwszy Tuśka z jakąś tęsknotą zwraca swe oczy w stronę gór. Słońce zachodzi, są one w tej właśnie chwili stokroć piękniejsze i majestatu pełne. A mają w sobie jeszcze jakąś moc ptaków, co gdy rozwiną skrzydła w górę, podnoszą serca i dusze ludzi. Tuśka nie była tam nigdy na tych ścieżynach, co to między kosodrzewiną wiją się przecięte srebrną nicią górskich strumieni, lecz instynktem czuć zaczyna, że tym, co tam na ów "tyzień" poszli, jest w tej chwili świeżej, milej, lepiej, młodziej niż jej na werandzie, choć taka ta weranda niby słoneczna, niby wygodna...
Czuje to, ale gdyby jej kto kazał rzecz tę wypowiedzieć, może by nie potrafiła.