cierpko-kwaśnym uśmiechem.
Pani radczyni czuje się dotknięta w swej skromności kobiecej.
- Och! moda!... - podejmuje znowu - skoro chodzi o pewną skromność niewieścią, moda nie istnieje. Należy chronić panienkę, nawet przed wzrokiem ludzkim.
- Pita jeszcze dziecko.
- 0 nie, nie... to już panienka... Mój mąż nigdy by nie pozwolił, aby moje dziewczątka tak się produkowały...
- Ja Pity za nic bym w skarpetki nie ubrała, ale pończoszki...
- Och! skarpetki!...
I pani Warchlakowska kryje pod szlafrok swe słoniowate nogi, jakby sama myśl o możności włożenia przez kobietę skarpetki przerażała ją niepomiernie.
W tej chwili drogą od Kościelisk powraca gwarne towarzystwo. Kilka kobiet, kilku mężczyzn. Na czele Tuśka spostrzega jasny sportowy garnitur, koszulę z surowego jedwabiu i roześmianą, wesołą twarz, wysłonecznioną dziwnie przejrzystymi ślicznymi oczyma. I przerażona czuje, że serce jej tłuc się zaczyna jak ptak w klatce. Zmieszana, nie śmie się ruszyć, odetchnąć...
Na twarz jej, na szyję powoli, przedziwnie wypływa czarujący, dziewczęcy rumieniec.
Przez pokład pudru przebija się prześliczny, nieśmiały, płonący lekko z początku, jakby twarz Tuśki odbiła w sobie blady, różowy blask jutrzenki.
I w miarę jak zbliża się ku niej ta twarz wesoła, te oczy słoneczne, pełne całej mieszaniny uczuć, sprzecznych, bo karnych i zuchwałych, pieszczących i drwiących, ten rumieniec potężnieje, przechodzi w płomień, rozpala się jak słońce o południu, sypiące światło i żar.
A cała ta gromadka ludzi odzianych jasno, jakoś rozwiewnie, z postaciami kilku ślicznych kobiet we środku, kobiet o włosach złotych, ufryzowanych, o sukniach odsłaniających, nie zaś kryjących linię ciała, kobiet bardzo malarskich a strojnych, bardzo kwiatowych a miłych, idących w słońcu, bielą drogi, ma w sobie wdzięk czegoś bez troski, a wybierającego z życia to, co życie jeno najlepszego dać jest zdolne.
Idą lekko - depcąc po cieniach własnych, a nie czyniąc im krzywdy, nucą jakąś kanconę, trzymają w rękach olbrzymie pęki szafirowych gencjan...
Dokoła nich rozwiewa się urok przejasny odczucia i wchłonięcia w siebie esencji życiowego czaru. Tego określić nie można. To się wysnuwa, to wypływa z ich gestów, z ich piękności, z dżwięku ich głosów, z uśmiechów ich ust, z ich spojrzenia...
Gencjany w rękach mają i sami rozkwitają całym bukietem istot szczęśliwych, nie liczących się z mrowiskiem, w którym mrówki ciemne mackami wyczuwają swe zbliżenie i ostrą cieczą bronią się od napadów, mogących roznieść gmach pracowicie wzniesiony ze śmieci, patyków i gruzów.
Idą dzieci Boże i promienieją światłem dusz, którym pozwalają żyć, rozwijać się, nie gnębią ich, nie dręczą, lecz niosą je w słońcu, w wesołości, w pierwotnych porywach, w Pięknie, jak niosą snopy szafirowej gencjany, pomiędzy którymi połyska wspaniale gwiazda złotogłowiu.