asekuracji męża, ani jego posiedzeń radcowskich, ani sług co tydzień zmienianych, ani kąpieli sobotnich w domu w jednej wodzie kolejno panienek dla higieny - nic nie mogła ze swego repertuaru wyliczyć.
Pozwoliła pani Warchlakowskiej rozlać przed sobą cały zasób swej możności, inteligencj i poczucia moralności, nie hazardując ze swej strony wiele.
Aż gdy dama w welwetach umilkła wyczerpana i wyczekująco face a main ku Tuśce zwróciła, Tuśka uczuła, iż teraz przychodzi kolej wywnętrzyć swoje credo i odkryć karty, którymi w życiu ona zagrywa.
Lecz ogarnęła ją chęć wywyższania się jeszcze ponad panią Warchlakowską i z wielkim taktem i ostrożnie rozpoczęła wspaniałą serię kłamstw, którą roztaczała powoli jak wachlarz, zasłaniając nim prawdę swego mizernego życia.
- Mój Boże!... tak, jeżeli nie najęła willi, to przede wszystkim dlatego, że bała się mieszkać w niej sama tylko z córeczką. Służby nie brała, bo była wyczerpana prowadzeniem ogromnego domu i chciała trochę odpocząć... Bo jeżeli kobieta pojmuje swoje obowiązki na serio, to trud jej nie jest mały, i ci, którzy mówią, że kobiety mają łatwiejszą część w życiu, mylą się zupełnie.
Lecz tu pani Warchlakowska podniosła protest:
- 0, nie - ona, pani Warchlakowska, umie ocenić trudy i starania męża, który umiał przyrobić tyle fortuny i zajął takie w mieście stanowisko, że dziś liczy się z nim nie tylko całe miasto, sala ratuszowa, prezydent - więc i inne rozmaite figury, ale i ona, własna żona. Bo choć nikt nie jest prorokiem w swym kraju, a głównie mąż we własnej rodzinie, to ona przecież uznaje w panu Warchlakowskim owego proroka i idzie dokładnie linią, którą jej zakreślił.
- Nie tylko nie wbiję w ścianę jednego więcej gwoździa bez jego aprobaty, ale chodzę zawsze tymi ulicami, które on mi wskaże, bo on wie najlepiej, co i jak się robi w życiu.
Silna pierś, opięta welwetem, wznosi się miarowo jakby wzruszona przy tych słowach.
- Tak, u mnie uwzględnia się gusty i upodobania przede wszystkim i męża - tłumaczy Warchlakowska zgnębionej trochę Tuśce. - Ponieważ mąż mój lubi sztukę mięsa z chrzanem, jadamy ją dwa razy tygodniowo, choć ani ja, ani moje panienki ścierpieć jej nie mogą. A potem, rnój mąż jest za religijnym wychowaniem, panienki moje są wpisane do bractwa dzieci Marii... A potem, dywanów nie znosi. Więc nic... ani jednego chodniczka w pokoju i te wszystkie nowatorstwa literackie także u nas nie mają miejsca... Tak, tak - ja się we wszystkim do męża stosuję.
Tu pani Warchlakowska powiodła groźnie dokoła wzrokiem, ogarnęła nim smreki, zamodlone w popołudniowej ciszy, i słoneczną drogę, ginącą w zieleni, i błękit nieskalany, rozwieszony kopułą turkusową nad dyszącym w omdleniu samym Zakopanem, i dodała:
- Ja tak pojmuję feminizm!... Padło wielkie słowo.
Lecz nie wzruszyło Tuśki.
Ona siedziała cała pogrążona w myślach porównawczych.
Mój Boże! Ta mizerna figurka jej męża w niepokaźnym paltociku, czymże była wobec imponującej a legendowej postaci pana radcy Warchlakowskiego!
Strona 77