Stosunki willi "Lewkonia" z chałupą Obidowską powoli się normują i układają.
Nie jest to przyjaźń nadzwyczajna, ale zwykła sezonowa zażyłość. A więc przede wszystkim te panie przesyłają sobie wzajemnie rutynowane i wprawne w swym zawodzie wyzyskiwaczki, noszące masło, jaja i rozmaite inne "konieczne" do utrzymania egzystencji ludzkiej nadzwyczajności.
Pani Warchlakowska jest "zawołaną" gospodynią. A więc skupuje garnki masła zjełczałego, chude kury, grzyby - słowem, całe stosy żywności, zdolne nakarmić załogę okrętu mającego perspektywę zimowania wśród lodów. Wszystko się przyda, a więc willa "Lewkonia" pachnie grzybami, kwaśnym mlekiem, owczym serem jak stara śpiżarnia.
Ponieważ pani Warchlakowska ma szczególniejszy dar dominowania nad osobami, które się do niej zbliżają, prędko ujarzmiła Tuśkę i wygłosiwszy zdanie, że kobieta nie znająca się na kuchni jest ciężarem społeczeństwa, zmusiła Tuśkę do tego, że i ta zaczynała "znać się na kuchni".
A więc najniepotrzebniej i w chałupie Obidowskiej zjawiły się wianki grzybów i serki owcze, które mogły się przydać...
Na co i komu, to już nie należało do rzeczy. Następnie wyszli na tapet mężowie.
Pani Warchlakowska była "wzorową" żoną i szczyciła się tym bardzo głośno.
Dbała ogromnie o swego męża, o stan jego żołądka, oczu i w ogóle zdrowia. Co chwila mówiła: "mój mąż, mego męża, mojemu mężowi". Miała specjalny sposób wymawiania tego słowa. Była w tym duma twórcy dla swojego dzieła. Bo dla pani Warchlakowskiej pan radca był jej tworzywem. Ona go urobiła na tego pana Warchlakowskiego, który miał znaczenie, który był kimś, z którym się inni panowie Warchlakowscy liczyli. Jeżeli mieli kamienicę z pięćdziesięciu dwoma oknami frontu, to było także dzieło pani Warchlakowskiej. Wszak to pod jej presją mąż zamienił swoją rodzinną i po śmierci ojca przypadającą mu wioskę na ową kamienicę, niosącą wprawdzie niewiele, ale dającą duże znaczenie w świecie. Ta kupa cegieł symetrycznie ustawionych, z powprawianymi kawałkami szkła, nadaje człowiekowi odrębne, wyższe stanowisko.
Kto słyszał, jak pani Warchlakowska mówiła: "moja kamienica, mój stróż, moje podatki, moje waterklozety, moja kanalizacja, moi lokatorowie", nie mógł wątpić ani na chwilę, że to osoba, z którą społeczeństwo musi się liczyć. Następnie pani Warchlakowska zaasekurowała swego męża "na życie", "bo to nie wiadomo, jak wypadnie". Była więc w porządku i była z tego dumna. Radcostwo pana Warchlakowskiego dopełniło miary.
Zabrano się do edukacji dzieci. Były to wprawdzie dziewczęta, ale musiały być odpowiednio kształcone.
Jak widzimy, dom był wzorowy. Na ustach pani Warchlakowskiej ciągle się słyszało: "higiena i poczucie moralności". Ukochała sobie te słowa i mówiła, że jest to jej wyznanie wiary. Była to więc dama niepowszednia, energiczna i mająca poczucie obowiązku.
Tuśka w pierwszej chwili została olśniona i przygnieciona tą wyższością pani z willi "Lewkonii".
Ani kamienicy o pięćdziesięciu oknach frontu, ani lokatorów, ani stróża, ani podatków, ani
Strona 76