Tak myśli Tuśka, a po twarzy jej pod pudrem przesuwa się różowy obłok i pewna doza rozmarzenia.
Nagle coś wpada pomiędzy nią i Pitę na stół, odskakuje, przewraca dzbanek z wiechą gałęzi i stacza się na ziemię.
To piłka, rzucona ręką jednej z panien Warchlakowskich, skacze tak po werandzie. Pita spogląda z pogardą na piłkę.
- Ona to umyślnie zrobiła... - oznajmia z powagą.
- Widziałaś?
- Tak, proszę mamusi. To ta najmłodsza. One już dawno tu ciągle patrzą, szepczą coś, a teraz piłką rzuciły.
Spodziewa się, że matka rozgniewa się za ten zuchwały postępek, ale wbrew jej oczekiwaniu Tuśka patrzy na leżącą na ziemi piłkę, jakby chcąc powziąć jakąś decyzję.
- Włóż, Pito, kapelusz i przynieś mi mój kapelusz i żakiet - decyduje wreszcie. Dziewczynka posłusznie wstaje i przynosi żądane przedmioty.
Tuśka się namyśliła.
Chciała zawiązać bliższą znajomość z tą panią z werandy - teraz nadarza się jej doskonała do tego sposobność. Kto wie zresztą, czy to nie jest umyślna zaczepka ze strony tych pań.
Ubiera się i widzi, że w "Lewkonii" panuje ruch i zaciekawienie. Panienki pobiegły na werandę, opowiadają coś matce. Dama w welwetach sięga po rogowe face a main i zaczyna obserwować werandę Tuśki.
Pita podnosi piłkę. Tuśka każe iść córce obok siebie - schodzi z werandy i kieruje się ku "Lewkonii".
Dama w welwetach i seria Barissonek widzą, co się święci! Ale są godne i dumne.
Stanęły rzędem na werandzie i oczekują jak dumasawska księżna, ażeby owa "cudzoziemka" do nich podeszła.
- My, galicjanki, som dumne i znamy się na warszawskich fumach!
Strona 74
dal.
On przodem będzie prowadził rower, bo droga jest zła i wybojów pełna.
Miną wille, sadyby, miną werandy, na których leżą panie w szlafrokach i goreją w słońcu japońskie latarnie...
I znikną pod baldachimem świerków, gdzie chłód leśny aż dusi od zapachu, jakim jest przepojony, od zapachu mchów, paproci, kwiecia, szpilek smrekowych...
I znikną...