- Majom... - mówi wspaniałomyślnie - niech se zawiesom, bele piknie im było.
Wreszcie wszystko urządzone i Tuśka rozpiąwszy białą parasolkę zasiada na werandzie, obejmując ją w posiadanie.
Postanawia kupić sobie leżak, aby już być zupełnie "po formie". Owija głowę delikatnie muślinowym szalikiem i bierze w rękę Journal d'une femme de chambre.
- Nie widać z gościńca tytułu - myśli - a że książka w żółtej okładce, tym lepiej! Będą widzieli, że czytam francuskie dzieła w oryginale.
Zapomniała już o Klimatyce, o skargach na aktora, cała przejęta dziecinną prawie radością werandowej wystawy.
Z drugiej strony stołu zasiada Pita.
I ona rozpięła białą parasolkę, a ten lekki cień wydobywa tylko świeżość jej twarzyczki, delikatną i czystą jak płatek kamelii. Tuśka także ogromnie zyskuje w tym przyćmieniu białawym, a że ubrane są "do nitki i na ostatni guzik", wyglądają jak dwie lalki za gablotką sklepową lub oleodruk familijny, zawieszony nad kanapą. Pita ogląda Baśń o Kasi, nie odczuwając wszakże przedziwnej piękności dzieła. Zaciekawiał ją jedynie ostatni pocałunek Kasi z królewiczem, który ma tak wysokie obcasy u pantofli.
Lecz tak Tuśka jak Pita przede wszystkim obserwowały i czuły, że są obserwowane. To było osią i głównym punktem ich myśli.
Siedziały wyprostowana godne, wdzięczne, en parade, roztaczając swe wdzięki typowych warszawianek z ogromną umiejętnością i pewnym taktem.
Nie narzucały się, lecz zniewalały oko przechodniów i widzów. Dostroiły się do otoczenia. Nie miały w sobie nonszalancji miękkiej, pasującej raczej do wybrzeży morskich, foteli ze słomy, fal, błękitów i rozwianych skrzydeł mewy.
To, co je otaczało, było proste w liniach, twarde w kolorycie. Należało więc przybrać ten sam genre, aby nie odskakiwać od tła. Wyczuły to instynktem i zastosowały się przedziwnie.
I dlatego rzeczywiście ta weranda wykilimkowana, z wiechą smrekowych gałęzi i z tymi dwiema kobietami w prostych, ale mających linie sukniach, z baldachimami ich parasolek, stanowi wabną całość. I czuje się pewną wdzięczność dla Tuśki i Pity, że tak umieją przybrać sobą to nagromadzenie pniaków i belek nie psując ich powabu.
Lecz upał jest wielki. Kurz na gościńcu bije tumanami. Dla zdrowia raczej należałoby zaszyć się w las, gdzie woń balsamiczna rozwłóczy swe czary po kępach mchów i rozmodlonych a cichych dzwonków lesistych.
Któż jednak podziwiałby grację Tuśki i Pity, lśniący jedwab ich włosów, wyzyskaną linię sukni i możność wynajęcia werandy?
Któż jednak?...
XII
Siedzą już tak dobrą godzinę, a na czołach ich pojawiają się kropelki potu.
Strona 72