Stało się to bez jej wiedzy, całe szczęście, że skłoniła głowę leciuchno, prawie nic - ot, tak prawie, że mógł nie zauważyć tego.
Istotnie - aktor mógł przypuszczać, że Tuśka mu na ukłon nie odpowiedziała, bo jakaś parobkowata zuchwałość przebiła się w wyrazie jego twarzy. Cynicznie skrzywił usta, stał się prawie brzydki. Usiadł na belce okrakiem i podniósł twarz ku pracującym w milczeniu góralom.
- Hej... gazdowie!... - zawołał głośno z rubasznym śmiechem - a któraż też dziewka najładniejsza w tym sezonie? Obidowscy zaśmieli się i Antek coś tam odpowiedział, ale Tuśka nie dosłyszała. Fala krwi uderzyła jej do głowy. Widocznie ten "komediant" chce wojny, bo teraz obraża ją takimi słowy!
I Cofnęła się od okna, zapuszczając firankę. Posłyszała jeszcze jego śmiech i zaraz potem prześlicznie przez zęby gwizdaną polkę. Cofnąwszy się do pokoju Tuśka czuła się tak zirytowana, że bezwiednie skierowała się do pustego pokoju, z którego okna wychodziły na gościniec.
Zaczęła chodzić wzdłuż i wszerz i czuła, że krew falą bije jej do głowy. Ten człowiek obraził w niej godność kobiecą! - ośmielił się...
Właściwie, cóż się ośmielił?
Zapytał się, "która z dziewcząt najpiękniejsza?" W tym nie ma żadnej obrazy. Uczynił to z ciekawości artystycznej...
Tak! - ale - to!
To coś nieuchwytnego, co smagało ją jak szpicrutą, to coś pewnego siebie, zuchwalczo wiedzącego, że nic się oprzeć nie jest w stanie jego woli, jego żądzy, jego chęci.
A potem mściwość ordynarna, jakaś ulicznikowska.
Stanęła przy oknie i patrzała na gościniec, po którym już snuły się grupy gości odzianych jasno, po turystowsku. Kobiety miały rozpięte jasne parasolki, mężczyźni białe, lekkie, filcowe kapelusze. Wszyscy zdawali się nie iść, lecz biec, weseli czegoś, radzi, podnieceni.
Oddzielona szerokością gościńca od chaty Obidowskiej, stoi ładna duża willa z ułożonym na frontonie napisem:
"Lewkonia"
Jest to jedna z seryj "bezpretensjonalnych" imion nadawanych mniej lub więcej udatnym pudełkom, w których gnieżdżą się w dziwnej harmonii bakcyle i istoty żądne słońca, Giewontu i oddalenia mglistej niańki o długich kościstych rękach, o fosforem płonących oczodołach, o rozwiewnych, wilgotnych szatach. Lewkonia, Niezabudka, Chryzantema, Rozkoszna, Szczebiotka... a dalej literatura triologiczna, więc wszystkie Borzobohate i Kurcewiczówny!
Przytulne miana, łase i wdzięczące się w słońcu, w kępie smreków, a każda z werandą na paradę obwieszoną japońską latarnią z barometrem, który zastawił "ten pan, co to słabował tutok i wywieźli go dzie indzi".
I w "Lewkonii" jest weranda duża, nawet bardzo duża. Powyjmowali z niej okna. Odsłoniona jest cała. Tylko z jednej strony deski bronią od wichru i słońca.
Na werandzie stół, ceratą klasyczną przykryty, ceratą drogą oszczędnym gospodyniom. Biała jest i imituje do złudzenia obrus, I dużo przedmiotów dalej imituje w tej willi do złudzenia rozmaite
Strona 67