- No... no... a to, panie!...
Taką werandę, dla wzruszeń stosowną, stawiają właśnie Obidowscy, Kalpusie, Bretnole, siedząc okrakiem na belkach. Zdobią je w rozmaite nacięcia, bo to "państwo lubią". Każde nacięcie to podskoczenie w cenie wynajmu chałupy. A zręcznie migają te białe postacie, zsuwają się po belkach, nikną i zjawiają się sprężystymi skoki, jakby po wirchach ich nóżki nosiły. Małe mają siekierki w rękach, nie robią hałasu, nie ranią bezpotrzebnie drzewa. Rzec by można, że miłośnie obchodzą się z tymi złotymi belkami. Tak je przenoszą przez ustawione już szubienice drzwi, że nawet nie potrącą, jakby dziecko małe z kołyską nieśli. I jest w nich coś przy tej robocie z koboldów, z białych duchów i z posiwiałych nagle małp.
Hyc - hyc... już z fajki wysoko, wysoko popiół się sypie. Wyszywane suto porcięta tylko migną.
Hyc, hyc... już gdzie indziej toporek dłubie leluję i szereg gwiazdek niby płatków ze śniegu nagle w złoto przemienionych. Koło kupy serdaków zrzuconych na ziemię Tuśka dostrzega rosłą postać aktora, odzianego w inny cyklistowski strój, jakiś bardzo jasny i bardzo nowy.
Pończochy czarne, dobrze wyciągnięte, odcinają się od tej jasności. Trzyma w ręku toporek, pochylił się nad leżącą belką i obcina ją dość zręcznie.
Z góry przypatrują mu się z flegmą górale. On, porając się z toporkiem, śpiewa:
... i nie dbam o czerwony nos
i nie dbam, że wciąż tyję.
Lecz chwytam dzbanek w ręce me
i piję! piję! piję!...
Pijacka piosenka, śpiewana chórem po restauracjach, jak dysonans rozbrzmiewa w zapachu smreków i złocie słońca. On to czuje, lecz z chęcią już weń wrośniętą zbierania oklasków zwraca się do górali:
- Pięknie śpiewam? co? Milczenie.
Górale nie są skorzy do pochwał. Aktor czuje się podrażniony.
- Czekajcie, zaśpiewam wam coś góralskiego. Prostuje się i zaczyna zawodząc:
Tuduraj - tuduraj, Kiedy grule w dole; Jak gruli nie stanie, Tuduraj ustanie...
Józek Obidowski, dziś jakiś chmurny i zły, patrzy na gościa w dziwny sposób.
Nic nie zdoła oddać tej mieszaniny ironii i respektu - ironii dla istoty z miasta, więc dla niego, górskiego, istoty niższej, i respektu dla źródła dochodu "papirków", które tak miło zgarniać, a za nie chałupy nowe budować. Politycznie jednak czuje, że musi wreszcie wydusić jakąś pochwałę.
- No, piknie - odpowiada wreszcie, nie wyjmując z ust fajki - ale głos u was maleńki i nie giełcy wcale!