wielki dzwon.
- Gdzie ta Klimatyka? - zapytała zrywając się z łóżka i naciągając pośpiesznie pończochy.
- A w mieście...
- Dobrze - pójdę i dam znać, co się tu wyprawia. Niech porządek zrobią. Obidowska odstąpiła od stołu i założyła z determinacją ręce.
- Ano... niech idą - w Klimatyce im powiedzą, co po ostatnim gościu smrodzili tu nikiej powietrze morowe bez cały dzień. Chocia i zmarł nieborak, ale przeciek odrobili dezinfekcję całą.
Ufna w spełnienie higienicznych przepisów, była dumna i harda.
- Ja nie o dezynfekcję - rzuciła gorączkowo Tuśka - tylko zarząd musi kazać temu wariatowi być cicho albo się precz wynosić.
Gaździna pokręciła głową.
- Co to, to jus nic z tego nie będom mieli - odparła. - Gościom wolno piknie śpiwać, porykiwać w izbie, robić, co fcom, a Klimatyce nic do tego. Jak chcom, niech se tez porykują rano, ten pan nie póńdzie na skargę. Hej !
Rzekłszy to wyszła.
Tuśka ubierała się gorączkowo przed lustrem i w ten sposób wyładowywała swą złość. Czuła, że gaździna ma słuszność i że w Klimatyce nikt jej racji nie przyzna, musiała jednak być konsekwentną i iść do owej Klimatyki.
Pita powoli podniosła się z łóżka. Przez chwilę, gdy rozlegały się owe dzikie porykiwania, oczy jej zabłysły, uśmiech przewinął się przez usta.
Pochwyciła to Tuśka i w zdenerwowaniu upatrzyła, iż córka cieszy się z widocznej zemsty aktora za odesłanie bombonierki. Sucho i rozkazująco zwróciła się ku dziecku.
- Wstawaj - rzekła. - Słyszałaś, co doktor wczoraj mówił: jesteś chora i masz chodzić po słońcu, biegać i być wesoła. Proszę się zastosować do tego, co doktor kazał!
Pita spochmurniała jeszcze więcej. Zacięła usta i z wielką umiejętnością wrodzoną kobietom zabarwiła wzrok swój bezbrzeżną melancholią.
Widoczne było, iż postanowiła wyzyskać sytuację i stać się coraz "smutniejszą", coraz więcej chorą, skoro w owej powadze i zniechęceniu do życia tkwił zarodek jakiejś choroby. Z przedziwnym sprytem, właściwym każdej kobiecie, nawet najmłodszej, odczuła, że może stać się ważną osobą i grać na strunie choroby pierwsze skrzypce.
Z miną znudzoną, jak Chrystian duński mówiący do dworzan: "I jutro jeszcze dzień...", sięgnęła po swoje haftowane spódniczki i zaczęła je nakładać z niedbałością i smutkiem.
Odczuć w niej już było można doskonały gnębiący materiał, jakim jest kobieta półchora i sprytnie wyzyskująca sytuację.
Tuśka od razu zrozumiała grę córki i zmiarkowała, że ta mała odbiera jej teraz przywilej tronowania w domu na podstawie "niebezpiecznej choroby, której zaród w piersiach nosi". Czesała się i stroiła
Strona 62