bo za dużo jadłam, i przez lody i lemoniadę. - Kraków jest to miasto mniejsze niż Warszawa i ma bardzo duży Rynek, a z wieży Mariackiej trąbią co godzinę.
W Zakopanem jest dużo gór, ale się chowają za chmury i trzeba pilnować, żeby zobaczyć.
W nocy tu jest bardzo ciemno. Górale nie są podobni do chłopów w Wilanowie i jeździ się tu furkami, które bardzo trzęsą. Dziś jest ładna pogoda, a wczoraj byłyśmy w teatrze, ale gorzej grali niż w "Rozmaitości". Rączki i nóżki kochanemu tatowi całuję i pozostaję jego najprzywiązańszą i najwdzięczniejszą córką -
Pitą"
Cztery bruliony i dwa "na czysto" zajęły Picie przeszło godzino czasu.
Przez ten czas Tuśka zdołała spalić żelazkiem dużo włosów, lecz wreszcie ufryzowała się wspaniale i główka jej robiła wrażenie woskowej lalki na wystawie fryzjerskiej.
Gdy Pita podeszła i wręczyła jej arcydzieło i wylew uczuć swych dziecięcych dla ojca, Tuśka przeczytała i znalazła list zupełnie przyzwoity.
- Jedno ci mam do zarzucenia - wyrzekła do córki - to jest słowo: "rozkaz". Gdybyś napisała: "stosując się do życzenia, które tatuś raczył mi objawić", byłoby grzeczniej i lepiej.
- Dobrze, proszę mamusi! - odparła Pita i bez wahania zasiadła do nowego "na czysto", wysuwając już teraz cały języczek, którym zacezęła zakreślać nadzwyczajne młynki i kółka.
Tuśka po wypowiedzeniu tego zdania uczuła się jakoś spokojniejsza, gdyż wkraczała w ten sposób w normalną dziedzinę swego życia. Pita znów siedziała grzeczna i cicha, z przygładzoną lśniącą głową, z cerą twarzy matowobladą, przypominającą woskowe figurki.
Tuśka postanowiła wyjść na spacer w stronę "miasta". Potrzebowała zapasowych sznurowadeł do białych trzewików. Spojrzała w okno. Zdawało się jej, że słońce przyćmiewają chmury, postanowiła więc wyjść przed chałupę, aby stwierdzić, jaka jest właściwie pogoda i czy można zaryzykować jasną suknię.
Zwróciła się do córki.
- Pisz, ja zaraz wrócę.
Na szlafrok różowy, kretonowy zarzuciła długą rotundę i wysunęła się przed sadybę. Aż biło od złota i jaśni.
Ostrością niezwykłą i olśniewającą przepełniony był przestwór. Rzędy chałup, domów z tryumfalnie wybiegającymi ku górze pazdurami lśniły się złotem belek i migotały tęczą szyb. Smreki nieruchome wisiały ciężkie i prawie czarne pomiędzy tym złotem a rozpromienionym blaskiem.
Środkiem płynął gościniec prawie biały, pusty i ginący jak wstęga mgły w oddali.
Tuśka przysłoniła oczy ręką, zwróciła się w stronę Kościelisk i patrzała na tę mglistość wśród ściany czarnej smreków, w której rozpływał się gościniec. Nie czuła jednak tej dziwnej, tajemniczej piękności ginących w oddali górskich dróg, lecz myślała, że kurz jest straszny i że suknia szara, płócienna jest najodpowiedniejsza na taki dzień upalny i przepojony pyłem.