Lecz Tuśce wstawać się nie chciało, tak ją rozebrało rozkoszne ciepło i zapach smreków, którym cała izba była przepełniona.
Leżała więc spokojnie i spod przymkniętych rzęs śledziła ruchy Pity.
Dziewczynka weszła na palcach, po swojemu, grzecznie i zaraz zbliżyła się do stołu.
Spod żakiecika wydobyła małą plecioną bombonierkę ze złotej słomy z wesołą, płomienną czerwoną kokardą na boku przykrycia.
Z prawdziwą radością Pita obejrzała kilkakrotnie śliczne cacko i ustawiła je na stole.
Potem zbliżyła się do lustra, wzięła szczotkę i zaczęła gładzić włosy, wzburzone i rozrzucone w nieładzie.
Tuśka widziała odbitą w lustrze twarzyczkę córki i zdziwił ją wyraz nie znany jej poprzednio.
Dziewczynka uśmiechała się cała - oczy, usta, uszki, nosek - wszystko drgało uśmiechem. Blada zwykle cera twarzy miała lekka różowe jakby pasma podskórne. Zwłaszcza czoło, nosek i bródka zarumienione, nabrały koloru ślicznych płatków róży.
Lecz Tuśka widziała w tym zaróżowieniu szkodliwe dla cery "opalenie" i jako matka dbała o piękność córki, uczuła się zaniepokojoną. Usiadła na łóżku wołając głośno:
- Pita!
Dziewczyna drgnęła. Przybrała układną minkę, lecz uśmiech tak przywarł do jej buzi, iż od razu spędzić go nie zdołała.
- Słucham mamy!
- Jak ty wyglądasz? Jak upiór! Gdzie ty byłaś? Czy chcesz wyglądać tak ślicznie, jak gaździna? Jak się w Warszawie pokażesz?... Przejrzyj się w lustrze... do czego jesteś podobna!
Pita posłuszna spojrzała w lustro i zawstydzona spuściła oczy.
Uśmiech znikał powoli, jak obłok zbyt jasny i różowy o wczesnym świcie.
- Coś ty postawiła na stole?
Teraz już Pita była zupełnie zmieszana.
Skurczyła ramionka i zaczęła wykręcać sobie palce.
- To proszę mamuńci... ten pan, co obok nas... dał mi cukierki...
- Jak? co?
Tuśka uczuła się tak zdumioną, iż jednym susem zeskoczyła z łóżka. Włosy jej rozleciały się we śnie na ramiona. Była prześliczna, choć twarz świeciła się zanadto.