- Tańczy! tańczy! ...
Z wysoką filozofią i leciuchnym odcieniem ironii spoglądał na tę produkcję sztab kelnerów.
Oparci o ścianę asystowali tej komedii z sennym wyrazem twarzy.
Kazali se piknie grać I na nóżki pozirać...
Podskakując epileptycznie, Gąsiennica łypał oczyma dokoła. Widział, że zrobił efekt, i napawał się nim. Zwrócił się też widocznie ku Tuśce i na jej cześć bił się po karku i piętach. Robił wrażenie aszanta wykonywającego taniec wojenny.
Tuśka, mimo woli podniecona i zdumiona, patrzała na te konwulsyjne łamańce otwartymi szeroko oczyma.
Gąsiennica umiał doskonale umiarkować swe efekty.
Czuł, iż powinien teraz zrobić efektowne wyjście, aby zachować przewagę nad publicznością.
Jak koza leciuchno, w skokach nadzwyczajnych puścił się ku wyjściu z werandy.
Przemknął biały i strojny pomiędzy stolikami, przebierając "nóżkami", z ciupagą w górę wzniesioną jak zawodowy baletnik kończący zbyt trudne pas.
Ogólny szmer uwielbienia a nawet oklaski słyszeć się dały.
On błysnął raz jeszcze zębami, łypnął oczkami - krzyknął: - Hej!... - i zbiegłszy po schodach zniknął w cieniu ulicy.
Tuśka odetchnęła.
Nie umiała wytłumaczyć sobie, dlaczego ten góral sprawiał na niej tak odpychające wrażenie. Lubiła przecież swoją gaździnę i patrzała na jej twarz i postać z pewną przyjemnością.
Nagle uczuła, iż ktoś od ulicy przez balustradę pociąga ją za brzeg sukni.
Mimo woli podniosła się i przechyliła, starając się zobaczyć, kto zaczepia ją w ten sposób.
Na dole, u kamiennej ściany, dostrzegła białą guńkę i twarz o rozwartej czeluści ust ku niej wzniesioną.
Z werandy padało trochę światła. Poznała Wojtka Gąsiennicę. Zarumieniona spytała prawie głośno:
- Czego chcecie?
- Może póńdziecie f góry ze mną? - wyskrzypiał głos górala. - Jo wos poprowadzę piknie na Giewont... gdzie fcecie... Nadaliście mi się.
Propozycja była zwykłego przewodnika, ale zęby białe śmiały się, oczy w cieniu błyszczały.