nie wie nawet, jak wyglądają, a przecież, gdy odeszli, zabrakło jej nagle jakiegoś tła, w które się bezwiednie wtuliła.
Purpurowa róża czerwieni się ciągle w rękach Pity.
Jasna, wesoła, leciuchno woniejąca, sieje jakąś beztroskę, jak ci, którzy odeszli. Za chwilę zwiędnie, stanie się trupem. Oni tak samo.
Ale przez dany moment życia promieniują z siebie tragikomiczną lekkość puchowych kwiatów, rozlatujących się z chwilą zaniku po mogiłach kretowin.
Przedstawienie dobiegło końca.
Tuśka z Pitą powstają z miejsc, ale wzrok ich przygasł, rumieńce znikły. Mają w sobie charakterystyczny wygląd błyskotliwych kobiet, którym nikt się nie przygląda.
Narzucają po swojemu żakiety na ramiona i wychodzą na ulicę przez werandę, na której sinawe lampy sączą niewyraźne, jakby chorobliwe blaski.
Jakby z mysich jam lub krecich nor nadbiegła nocą chmara publiczności. Zlecieli się do tych lamp sinych na kształt korowodu ciem i obsiedli blaszane blaty stolików.
Miasto się rozgwarzyło i rozsiadło tryumfalnie w żelastwie i kurzu. Kobiety szczebiocą, wiewając płaskimi kapeluszami. Szerokie rękawy, falbany gaz i muślinów wysuwają się spod ponarzucanych białych, sukiennych zarzutek.
,lakaś rodzina semicka, cała strojna w serdaki, wchodzi na werandę, potrząsając groźnie ciupagami, na których dzwonią kółeczka. Małe dziecko, przebrane za góralika, wierci się pomiędzy stołami.
Tuśka i Pita prostują się, nabierają szyku, tego "warszawskiego". Tuśka przygryza usta i staje niepewna i wahająca. Chciałaby pozostać z Pitą "wśród ludzi", bo już się do nich stęskniła. Jest jednak sama i widzi, że wszystkie stoliki, zajęte przez damy, mają jakąś asystę męską.
Pokusa jest jednak nadto silna. Stolik na przejściu wolny. Tuśka mimo woli zbliża się ku niemu.
- Może napijesz się herbaty? - pyta uprzejmie córki. - Jesteś blada, może chora. Dziecko z przedziwną intuicją odgaduje intencje matki.
- Jeżeli mama tak łaskawa. Siadają tuż przy balustradzie.
Przed nimi bieleją dziwaczne grzbiety płótnem okrytych furek, na tle ciemnych kamienic.
Woźnice siedzą w głębi budek, drzemią albo palą fajki. Co chwila ku werandzie pomykają całe gromadki turystów. Wyłaniają się z ciemni i wpadają w sine światło mrużąc oczy - radzi, że się wreszcie w "cywilizację" dostali.
Tuśka usiadłszy doznaje znów uczucia ciepła i spokoju. Ogląda się: poza nią siedzą strojne panie w towarzystwie kilku jasno ubranych, dość eleganckich mężczyzn. Przy drugim stoliku kilku
Strona 35