Pierwsza weszła w głąb trochę ciemnawą Pita, lecz cofnęła się i stanęła u progu. Delikatny rumieniec pokrył jej twarzyczkę. Idąca za nią matka zatrzymała się zdziwiona.
- Dlaczego nie idziesz? - zapytała dziecka.
Lecz ona chwilowo zdawała się wahać z odpowiedzią.
- Nie wiem... noga mnie zabolała - wyrzekła cichutko.
- Cóż znowu? Może zwichnęłaś?
- Nic, nic...
Tuśka usunęła dziecko i weszła do sieni.
Jakieś dwie postacie ciemne przylgnęły w kącie do siebie i tak były rozszeptane, iż nie widziały wejścia Tuśki i Pity.
Kobieta uczepiła się u szyi mężczyzny i coś mu mówiła do ucha, przekładała, tłumaczyła.
On tylko kiedy niekiedy potrząsał głową i z cichym chichotem całował ją raz po raz w szyję.
Jego ręka bieliła się na brązowym tle jej serdaka. Z jej głowy spadła chustka, a ukośne światło, bijące na nich cieniutką strugą, rozświetlało jej włosy płowe złotawą, delikatną mgiełką.
Zaszyli się tak w kąt sieni pomiędzy wióry nagromadzone tu i heblowiny jak w mech, jak w trawę.
Bezpieczni byli i radzi sobie, a prości, młodzi jak dwa smreki rosnące na jednym stoku góry.
Tuśka natychmiast rozpoznała w mężczyźnie Józka, zwanego Chrobakiem, ,,piknego" męża gaździny.
Kobiety nie znała, nie widziała jej nigdy w chacie. Ogarnęło ją uczucie niesmaku.
To oszukiwanie starej żony pod progiem jej mieszkania przejęło ją wstrętem.
- Idźcie stąd precz! - wyrzekła twardo.
Lecz oni nie rozpletli z uścisku rąk, tylko otworzyli drzwi do izby i weszli, cicho stąpając w swych kierpcach rozmokłych.
Wówczas Tuśka przypomniała sobie o córce i zwróciła się ku niej wzburzona:
- Chodź, Pito - możesz już przejść.
Dziecko z ciekawością patrzało w kąt, gdzie przed chwilą stała całująca się para. Ociągając się wchodziła do pokoju.
- Chodź już! - zawołała matka.