Stoi tak śliczna, kształtna, w narzuconym na ramionka żakieciku granatowym; na ustach jej przewija się ciągle ten zagadkowy, ironiczny półuśmieszek małego, a tym więcej tajemniczego sfinksa, i teraz nie pyta już o nic, ani o nazwy tych gór, ani o ich formacje, ani o to, co tak lśni na żlebach, czy to śnieg, czy to srebro, lecz stoi i patrzy.
Tuśka także patrzy, lecz w zupełnie odmienny sposób.
Ogarnia wzrokiem całość i pewne zaciekawienie mieszczki dominuje nad tym wrażeniem barw lub kształtów.
- Ogromne - myśli - ale po co właściwie ludzie się na to drapią?
Czuje jednak, iż gdyby miała towarzystwo i kostium, może zaryzykowałaby się na taką wyprawę.
- Tylko... cóż... przecież sama z Pitą nie pójdę!
I znów ogarnia ją wielkie znudzenie i uczucie nie tęsknoty, ale jakiegoś wysadzenia z siodła.
Była już u lekarza. Opukana, osłuchana, idzie nadziana receptami i przepisami.
Wstąpiła z Pitą do cukierni. Na werandzie, przesiąkłej od deszczu wilgocią, wysiedziały się, zjadłszy dużo ciastek i opiwszy się czekoladą.
Trochę gości kręciło się po cukierni, ale żadnego ożywienia nie było.
Armia kelnerów melancholijnie podpierała ściany.
Ze sklepów wyzierały blade i senne twarze "panów kupców".
- Czy tu tak zawsze? - myślała Tuśka, jedząc trzeci marcepanowy kartofelek, nadziewany powidłami.
- Czy tu tak zawsze? - myślała Pita, jedząc czwarte ciastko tortowe, posmarowane powidłami.
Furki dudniły i trzęsły niemiłosiernie przerażonych tą niespodzianą torturą gości. Widać było ręce kobiet, uczepione konwulsyjnie drągów, które podskakiwały szarpane jakąś wściekłą mocą.
Na ścianie cukierni powiała czerwona płachta.
- Co to takiego? - spytała Tuśka przechodzącego kelnera.
- To teatr. Jutro grają.
- A!...
Jakaś nadzieja wstąpiła w serce Tuśki. Całe mieszczuchostwo przyniosła ze sobą ta czerwona płachta papieru. Teatr - więc wieczór spędzony w atmosferze kinkietów, muzyki, świeżej farby afisza, perfum, woni więdnącego w ręku kwiatu lub rozgrzanych rękawiczek, a potem łatwe zajęcie myśli - myślą innych.
Pita, zapalona zwolenniczka teatru, nie mówi nic, lecz błękitne jej oczy nie opuszczają ani na chwilę jaskrawego afisza.
Z daleka czyta tytuł sztuki i cała dysze chęcią zobaczenia teatru w Zakopanem. Twarzyczka jej nie zmienia jednak wyrazu., gdy słyszy pytanie matki:
Strona 23