I po chwili dodaje:
- To je trzeci.
Jest jakiś tryumf w tym obwieszczeniu, coś, co jest prawie okrucieństwem istoty żywej, stojącej silną jeszcze stopą na powierzchni ziemi, kryjącej tych, którzy tej stopy tryumfującej zrzucić już z siebie nie mogą.
Tuśka podeszła także do okna i tak razem z Pitą patrzą na owego "piknego męża", który już nie napycha fajki "habryką", ale zza pazuchy wyjął złamanego papierosa, prostuje go i zapala.
Wicher gasi mu zapałki jedną po drugiej, ale on uparcie stara się na tym wietrze zapalić papierosa.
- O!... jak to ćmi papierosa - mówi Wikta - tak się od panów nauczył, jak z nimi po górach lata... Ale się to przewodnictwo skończy. Będzie tyloś ich widział!
Coś się zagotowało w głębi duszy góralki, bo i pięść wyciągnęła w stronę "piknego męża".
- Kapelus, cuchę, portki - syćko zamknę, a nie puscę! - wyrzekła twardo.
- Ależ dlaczego?
Lecz nie było odpowiedzi.
Wikta brwi marszczyła i usta zacinała gniewnie.
- Czemu nie chcecie puszczać męża w góry? - ponowiła pytanie Tuśka, zwracając się prawie natarczywie ku gaździnie.
- Jus ja wim, cemu!... - odparła wreszcie góralka i stąpając ciężko, jakby chciała stopami ze złości przebić deski podłogi, wyszła, unosząc z sobą menażki i talerze, z których dwa zdołała stłuc zaraz za progiem.
IV
- Mamuńciu... czy to to góry?
- Tak!
Po raz pierwszy od chwili przyjazdu Pita zapytała się o coś matki.
Spoza mgieł i pasem deszczowych zarysowały się wreszcie te Giewonty, Hawranie, Gubałówki wraz ze swymi widmami o skamieniałych, a tak rozwiewnych konturach.
Źle widać te dźwigające się masy, ale duchy ich rozsnuwają dżdżyste opary i przebijają się czernią kosodrzewiny, srebrem jakby zastygłych potoków.
Pita zatrzymuje się na środku Nowotarskiej ulicy i patrzy.
Drobna jej dusza, dusza anemicznego, miejskiego dziecka, jakby trwoży się i lęka tego ogromu nieruchomego, tak bliskiego, a przecież niedościgłego.
- A haj... Dwa roki, jakeśmy się pobrali... Bezera jest leń, ale pikny.