- Mój syn? - Adyk on w Hameryce!
- No, a ten młody góral, co nam tu wczoraj pomagał rzeczy rozpakować?
- Jakowy?
- O, mamuńciu - zawołała Pita - ot, on idzie do szopy... Gaździna wyjrzała przez okno, unosząc delikatnie firankę.
- Ten?... dy to... mój...
- No, więc...
- Mój mąż, a nie syn. Zapanowało chwilowe milczenie.
Do szopy poszedł i strząsnąwszy z deszczu kapelusz Józek Obidowski, Chrobakiem nazwany, mąż ślubny Wikty Obidowskiej, wszedł pod wystający daszek na trochę suche miejsce i cały na tle złotych belek zarysował się jak figurka kunsztownie odrobiona.
Proste to było, smukłe, śmigłe, odziane dostatnio, całe białe i młodzieńcze.
Para oczu jak latarnie, włosy ciemne, gęste, rysy dziwnie prostolinijne, usta trochę ironicznie uśmiechnięte.
Zuchwałość dziwna w pozie, w nabieraniu oddechu, w błyskaniu oczyma, świeżość lic kalinna i pieściwa, ręce od bezrobocia dobrowolnego delikatne.
A z tej całości beztroska niemal dziecinna, ta ufność, iż z tej piękności i smukłego ciała zawsze wyłoni się jakiś punkt wyjścia w oparciu życiowym, to płynięcie szczęśliwe bez potrąceń o skały, słowem, młodość bujna, rozwichrzona, wykołysana wiatrami halnymi i bielą kwiatów śniegowych.
Józef Chrobak stoi tak oparty o złociste, belki, on - mąż dwudziestoletni przeszło pięćdziesięcioletniej Wikty, i rad jest, że się sprzedał dobrze w małżeństwo, że go "baba głupia" kupiła na męża - jego, który prócz "guńki, portecek, pasicka i fajcyska" nie miał nic, nic.
Jeno te ślepia jak latarnie albo gwiazdy w nocy świecące, a jako gencjany niebieściutkie, jeno te usta gorące zawsze, jakoby słońce nad turniami, i ta gębusia gładziuśka i ta siła, co to go nosi -hań! hań!... po skałach, po piargu, po żlebach, dźwigając panom z miasta ich serdaki, koniaki, kociełki, ich strachy i zawroty głowy.
- Pikny mój mąż? ha? - pyta gaździna niemal tym samym tonem, jakim pytała o piec, o kanapkę, o firanki.
Lecz coś innego jest na dnie tego głosu, coś jakby macierzyńskiego, jakby namiętnego. Lecz to takie drobne, takie nikłe, że ledwo, ledwo wyczuwalne. I to trzeba być inaczej do tego usposobionym i przejść całe wychowanie uczuciowe, inne niż Tuśka, która w tej chwili nie widzi znów nic więcej w Wikcie jak tylko posiadaczkę, chwalącą się zdobytą własnością.
- To wasz mąż? - pyta z pewną niewiarą w głosie.