- Jak to?
- Ano... nie słysom, jak się to dreją?
- Ach!... to kawki.
- No, ale kawcyska. Do komina się napcha i tam się tak wędzi...
Tuśka wsłuchiwała się w ten ochrypły głos z jakąś nieokreśloną przyjemnością. Skrzypiało to, świszczało, czasem jęknęło. Wolała słuchać, niż patrzeć na tę gaździnę, bo twarz płaska i jakby rozgnieciona zdawała się nie mieć w sobie ani jednej iskierki łagodności. Nic kobiecego. Coś surowego, kanciastego jak cały styl chaty, jak te belki, obciosane silnymi uderzeniami siekiery.
Natomiast w głosie coś się łamało, coś tam drgało miękko, zwłaszcza gdy z lubością ta kobieta zwracała się ku swej własności, ku temu, co posiadła już siłą wielkiej woli i starań całej przeoranej młodości.
Tuśka i Pita jadły zimne i niesmaczne potrawy, rozmazane na dnie menażek. Ustępowały sobie wzajemnie lepsze kawałki, ceremoniując się coraz wykwintniej.
- Proszę cię... proszę, moja droga... zrób mi tę przyjemność, dziękuję mamuńci...
Zwyczajem przyjętym, Tuśce zdawało się, iż wypełnia obowiązki dobrej matki, zmuszając dziecko do wlewania w siebie dużej ilości letniej, tłustej wody, nazwanej rosołem, i do usilnego darcia zębami łyka krowiego mięsa, ochrzczonego polędwicą.
- Jedz... proszę cię...
Dziewczynka żuje z widocznym, choć pokrywanym wstrętem szablonową strawę, która ma ją "odżywiać".
Deszcz leje na dworze z coraz większą zaciekłością.
- Siąpi! - wyrokuje gaździna, która teraz wpadła w ekstazę przed wykrochmalonymi firankami, podpiętymi kawałkami niebieskiego papieru.
- Pikne firanki... - zaczyna.
Lecz Tuśka, która w tej chwili czuje całe mizeractwo otoczenia i owej upragnionej "wiledżiatury" -postanawia czymś ubarwić sobie i dziecku to życie.
- Chcesz ciastko z kremem? - zapytuje Pity, odsuwając z niezadowoleniem talerze.
- Dziękuję mamusi!
- Czy tu jest cukiernia?
- Hej, cegok by nie było.
- Może wasz syn by poszedł po ciastka? Dostanie za drogę. Gaździna parsknęła śmiechem.