III
Dziesięć dni są tak same naprzeciw siebie w tej zakopiańskiej chałupie, pełnej nieokreślonej woni rannych smreków i wilgotnego gruzu.
Matka i córka błądzą wśród czterech ścian po japońsku złożonego pudełka, zastawionego sprzętami pościąganymi z żydowskiej tandety. Na głównej ścianie rozległ się ciemnoceglastym cielskiem szezlong, "kanapa", według słów wzdychającej gaździny, i ten szezlong jest już całym poematem nędzy miejskiej, zakurzonej i brudnej. Dokoła niego tulą się zydle i stół przystrojony nacięciami, mającymi przedstawiać "zdobnictwo ludowe".
Łóżka żelazne, materace za krótkie lub za szerokie, na nich kołdry miejskie Tuśki i Pity, ich poduszki haftowane, obsypane z lekka złotem perskiego proszku.
W oknach pokrochmalone firanki rozwłóczą dzień dziwny, specjalny, mokry dzień górski, który się rozłazi jak wilgotny krab, wyciągający daleko swe macki, z których cieknie szara, ciągnąca się ciecz deszczowa.
W piecu zielonym o kaflach lśniących, piecu dostatnim, brzuchatym, stanowiącym dumę słuszną i przedmiot wyzysku ze strony wynajmujących gazdów, tli się kilka mokrych szczapek.
Syczą, piszczą, plują, gniewają się na te płomyczki nieśmiałe, które do nich doskakują, chwytają,
Strona 15
spisie gości.
- Nie dowiedzą się, jak się nazywam! - pomyślała prawie z radością.
Lecz zaraz chciała sobie przyznać rację, bo uparta była i pyszna nawet wobec siebie samej.
- Musiałam tak zrobić - musiałam, choćby przez wzgląd na Pitę... Uszczęśliwiona, że znalazła pretekst, spojrzała na łóżko, na którym leżała mała. Dziecko miało oczy szeroko otwarte, lecz leżało nieruchome jak woskowa laleczka.
- Dawno się obudziłaś? - zapytała Tuśka.
- Niedawno, mamusiu!
Tuśka chciała zapytać córkę, czy słyszała cokolwiek z tego, co zaszło, lecz wiedziała, że dziecko wyśliznie się jej grzecznie i nie powie prawdy.
- Śpij, proszę cię. Już późno.
- Dobrze, mamusiu!
Pita natychmiast zamknęła oczy i długie, jasne rzęsy zapadły na śliczne szafirowe oczy.
Lecz wyraz twarzy dziecka, zwłaszcza kąciki jej bladych ustek kryły w sobie jakiś zagadkowy, tajemniczy wyraz, który zniknąć nie chciał.
I Tuśka przed tym sfinksowym uśmieszkiem córki czuła się bezsilną, zmrożoną, bo tam był jakiś sąd, coś instynktem kierowanego, coś kiełkującego, z czego ani to anielskie dziecko, ani ona sama zdać sobie sprawy nie były w stanie.