Nagle przystanął i dał się słyszeć jego głos:
- A masz papierosy?... Tuśka wstrzymała oddech.
- Co ona mu odpowie? Porwie się jak lwica, może mu do gardła skoczy, że on nie potrafi nawet uszanować tej jej bolesnęj chwili, w której duch w łkaniach się rozłamuje i siatką nad ciałem się rozpina.
Lecz cisza zupełna.
Tylko po chwili - woń papierosa dobywa się przez szczeliny. Musiała mu gestem wskazać, gdzie były papierosy. Zapalił, a teraz chodzi znów lekko, skrzypiąc nowymi prawdopodobnie butami.
Łkania kobiety przycichają zwolna.
Tuśka siada, przytulona do rogu kanapy, i słucha.
Równocześnie wyobraża sobie i ją, i jego, tak dawniej sobie bliskich, tak bardzo bliskich.
A i to trzecie pomiędzy nimi, ta mała dziewczynka, pielęgnowana przez francuską guwernantkę i żywiona kosztem kogoś nieznanego...
Tuśka do tego punktu patrzenia na objawy życia przez zaczątki nie doszła, bierze sam objaw i w niego się wnurza gwałtownym impetem swej wiecznie trzymanej na uwięzi natury.
- Dlaczego ona tylko płacze? - myśli wzburzona. - Dlaczego ona nie powie mu więcej, więcej nad to "podły", bo przecież to "więcej" aż się samo na usta prosi?
A może wyszedł, może uciekł, tak jak to bywa "najwygodniej". Nie, jest. Chodzi teraz po pokoju, chodzi pewnym, równym krokiem. Nie mówi jednak nic. Zapewne ma minę zrezygnowaną i znosi ten płacz z cierpliwością i wspaniałością dyskretną.
Tuśka nigdy nie stanęła tak bezwzględnie z objawami zwyczajnego życia.
Prosto z domu rodziców weszła pod dach męża. Czytała wiele. Ale w książce to pewna ilość czarnych literek mówi "kobieta płakała" i to wszystko.
W życiu taka gama szlochania to sam przez się cały poemat bolu, cała synteza odczucia, poszarpania życia i stoczenia się na dno przepastnej czerni, na którym już się nie klnie swej doli, nie gryzie rąk załamanych, nie targa się tak zwanego sumienia, aby z niego na pociechę wytrząsnąć choćby kilka kropli krwawej własnej winy...
Lecz niemniej Tuśka wiedziała, że są takie bole. Nie czuła ich, nie rozumiała ich ogromu, ale o istnieniu ich miała zupełną świadomość. Nagle to widowisko przeczuwane znalazło się w pobliżu niej z całą potęgą i siłą. Nie wiedziała, jak je przyjąć i ile włożyć z siebie w to, co się dokoła niej rozsnuwać zaczęło.
Rzuciła się cała nerwami i duszą w tę głąb, tracąc miarę i bezstronność widza.
- Dlaczego mu nie powie, że go nienawidzi, że nim gardzi za tę dyskrecję, którą on się tak pyszni. Wszakże to jasne, że ktoś inny wychowuje i łoży na jego dziecko. I on to przyjmuje... bo choć nie bezpośrednio, ale zawsze przecież, skoro to jego dziecko...