- A ja!...
- Ty? czym? wiedzie ci się dobrze, wyglądasz wybornie, utyłaś, podobno do dziecka masz guwernantkę francuską.
- A ty się nie pytasz, skąd mam na to wszystko?
- Co mnie do tego, moja droga. Znasz mnie i wiesz, że jestem dyskretny!
Aż huczy od tej dyskrecji i wygodnej polityki naokoło płaczliwego głosu kobiety.
- Dyskretny!...
- Spodziewam się. Inny na moim miejscu nie mówiłby z tobą, odwrócił się, a ja zawsze przychodzę, ile razy mnie wezwiesz. Czy masz mi co do zarzucenia? No... powiedz!... no... no...
Przez zęby zaciśnięte pada:
- Dyskretny!...
I zaraz uderzenie pięścią, drobną pięścią w stół i wyplute raczej niż wypowiedziane:
- Podły!...
- 0! o! ... nie wiem, kto z nas dwojga. Czy ty, która w tej chwili ciskasz się jak przekupka, czy ja, który mimo wszystko podaję ci jeszcze rękę i staram się nie zapominać, że jesteś matką naszego dziecka.
Wypowiedziane to było wszystko równo, bez uniesienia, pomimo owego "zdenerwowania", o którym była poprzednio mowa.
Kobieta znów uparcie powtarza:
- Dyskretny!...
I wybucha silnym, zawodzącym płaczem.
W Tuśce budzi się przeogromna solidarność kobieca.
W jednej chwili i ściśle kobiecą intuicją odgaduje całość i linię tej "historii", ogromnie zwyczajnej i ogromnie przez to smutnej.
Pomimo mieszczańskiej moralności, jaką jest opancerzona, czuje, że tamta, przez drzwi łkająca kobieta, jest w prawie roztaczać taką głośną rozpacz i manifestować wielkość swego bólu. Nie ma bowiem w tym jęku nic bezwstydnego ani narzucającego się, jest tylko łkanie człowieka, przed którym bezlitośnie objawiło się jego przeznaczenie, idące naprzeciw niego z narzędziami męki w wyciągniętych dłoniach.
Lecz Tuśka nie odczuwa jeszcze, iż tak być musiało i że ta kobieta łka teraz i tarza w bólu swą głowę o twarde poduszki hotelowego łóżka, a duszę w całym polu cierni okwitłych krwią jej złudzeń, dlatego że jeden łańcuch faktów wziął zaczątek przed wiekami w tym kierunku i zajął ją w swe ogniwa, ją i jej łzy.