Tak brzmiał głos męski, spokojny, pewny siebie, młody, łamiący się jeszcze niskimi tony, to tenorowym brzmieniem.
Lecz były to tylko oznaki zewnętrzne, bo tak jak głos i cały charakter był dobrze ustawiony i niełamliwy wewnętrznie.
Natomiast głos kobiecy rozwiewał się i był niepewny. Ni to pokorny, ni to ostry, ale cały przepojony na wskroś kobiecością. Szamotało się to, otłukało po ścianach hotelowego numerku, cichło, pełzło, próbowało grozić, a w gruncie rzeczy miało w sobie tragizm bezbronności powszedniej, podniesionej właśnie tą powszednością do rozmiarów bólu i katastrofy......
- No, tak... ale cóż będzie z dzieckiem? - pytał głos kobiecy.
- Co ma być?... będą z niej ludzie... - odpowiada głos męski. Zalega milczenie.
- Ona się często pyta o tatusia. Nie wiem, co jej odpowiedzieć.
- Powiedz jej, że tatuś pojechał do Ameryki po posag dla niej.
- Ach, nie... tak nie można. Ona taka rozumna, taka sprytna.
- No... cóż dziwnego! Parsknięcie śmiechem.
- Moja córka!
I długie milczenie. Ostatnie tramwaje na Rynku wpadają w tę ciszę swym przeraźliwym, szatańskim gwizdem.
- Nie chciałbyś jej zobaczyć? - pyta bojaźliwie kobieta.
- Ależ owszem, kiedyś chętnie przyjadę.
- Och! mówisz już tak trzy lata.
- No, to trudno, nie jestem panem swej woli. Nie trzeba było stąd wyjeżdżać.
- Jakżeż nie miałam wyjechać? Musiałam!
- El.
- Sam mnie namawiałeś. Przyrzekałeś, że przyjedziesz na sezon, na ślub...
- Tylko, proszę cię, nie zaczynaj tej kwestii. Chyba chcesz, żebym zaraz uciekł... Głos kobiecy nie mięknie, stawia się trochę hardo.
- Tak, ja wiem... ty zaraz uciekasz. To najwygodniej.
- Proszę cię, jestem zdenerwowany.