Tymczasem pani Tuśka zajęła miejsce w przedziale drugiej klasy. Naprzeciw niej usiadła Pita, a ten sposób siadania, elegancki, sztywny, drewniany, był całym poematem "ślicznie ułożonej dziewczynki". Wyjęła z kieszonki paltocika czyściuchną chusteczkę, rozłożyła ją na kolankach i białymi paluszkami zaczęła obierać pomarańcze.
Pani Tuśka patrzała chwilę na córkę.
Gdy nagle pociąg wyjechał na czyste pole, w jasnym świetle wypłynęła dokładnie gładziuchna, młodziutka twarzyczka dziewczynki. Drobne usteczka zacięte nikły prawie w żółtawobiałej cerze prerafaelowskiego aniołka, cieniuchne pasma wysilonych włosków bramowały czoło trochę podłużne, wypukłe.
Jasne rzęsy zakrywały oczy bladobłękitne, pocętkowane rudymi plamkami. Całość dziewczynki była chłodna, zamknięta w sobie - silnie już indywidualna.
- Do kogo ona podobna? - myślała Tuśka. - Oczy moje... włosy niewiadomego koloru, twarz nadto ściągła.
Nagle dziecko rozłożyło na rączce obraną i podzieloną na ćwiarteczki pomarańczę i jakby różę krwawozłocistą podało matce.
- Proszę... mamusiu - wyrzekła uprzejmie.
Uśmiech blady, zdawkowy, ten uśmiech, wyhodowany tam, na Wareckiej, jak kwiat cieplarniany, rozszerzył wąskie i tak specjalnie zaciśnięte usta dziewczynki.
- Proszę, mamusiu.
Tuśka machinalnie wzięła ćwiarteczkę owocu i jakby w zwierciedle, na ustach swoich odbiła uśmiech córki.
- Dziękuję ci! A równocześnie myślała:
- Ależ to jego uśmiech, to cały ojciec!
Nie widziała w tej chwili siebie i nie czuła zwierciadlanej dokładności, z jaką wyraz twarzy córki odbił się na jej własnej twarzy.
- Tak... tak!...
Tuśka wysunęła rękę, Żebrowski uścisnął ją, ku Picie powiał kapeluszem. Uprzejmość całej rodziny zwiększyła się znacznie; widocznie chciano wyładować wzajemnie pewną ilość grzeczności, aby nic sobie nie pozostać dłużnymi.
Pociąg zaczął dreptać coraz szybciej, charcząc, gdakając gniewliwie. Żebrowski stanął na peronie i ciągle jednako uśmiechnięty kłaniał się w stronę odbiegającego wagonu.
Dwoje rączek dziecinnych oddało mu przez chwilkę ukłon, następnie powiało ku niemu ramię żony w szerokim rękawie piaskowej wełnianej bluzki, aż wreszcie znikło wszystko.
Żebrowski przestał się uśmiechać; zdawało się, iż zdjął ten zdawkowy uśmiech jakby maskę z twarzy i schował go gdzieś daleko w swym duchowym zanadrzu.
I skręciwszy na miejscu, mechanicznym, bezmyślnym krokiem wyszedł z peronu.