- A może Pita chce pomarańczę? - zapytał Żebrowski. Natychmiast dziewczynka grzecznie bardzo odpowiedziała:
- Dziękuję tatusiowi!
Ale on przywołał przekupnia i wybrał dwie duże pomarańcze, silnie czerwone.
Wybierał starannie, macając skórkę chudymi klekocącymi palcami. Wreszcie zapłacił i pomarańcze do okienka, w którym wciąż jak w ramie bielała twarz Pity, podniósł.
- Proszę cię, moje dziecko...
Ale Pita uważała za stosowne ceremoniować.
- Nie... nie... dziękuję...
Pani Tuśka wmieszała się z grzeczną interwencją:
- Ależ, moje dziecko, weź, skoro tatuś taki dobry...
- Zrób mi tę przyjemność - prosił ojciec.
Pita wzięła pomarańcze, lecz nie zniknęła z nimi we wnętrzu wagonu. Stała ciągle przy oknie i na tle jej szarego płaszczyka te ognisto barwne owoce ciągnęły oczy malarskim ślicznym kontrastem barw.
Wymienienie tych uprzejmości, zdawało się, iż na chwilę wyczerpało całą tę rodzinę, i wszyscy umilkli, nie mając już sobie nic w chwili rozstania do powiedzenia.
Pani Tuśka myślała, iż źle robiła nie biorąc na drogę lepszej sukni. Panie, które wchodziły do wagonów, ubrane były świeżo i elegancko. Postanowiła ubrać się w Krakowie via Chabówka-Zakopane elegancko i zgrabnie.
Milczenie przedłużało się. Widocznie każde z tych trojga żyło w tej chwili w swoim odrębnym świecie.
Nagle gwizd przeraźliwy rozległ się w powietrzu - drzwi wagonów zatrzaskiwały się pośpiesznie, ktoś przelatywał z drugiej strony pociągu, wołając ochrypłym głosem.
Równocześnie Żebrowscy oboje ocknęli się z oddali, w której już znajdowali się pomimo pobliża.
- Jedziemy?
- Tak...
Łańcuchy szczęknęły, zakołysały się wagony.
Pita, Tuśka i Żebrowski uśmiechali się jednakowo, blado, uprzejmie.
- Bądźcie zdrowe!
- Ucałuj chłopców!...