Zdawało się, że czynią to przez delikatność, a była to, zda się, trwoga, aby nie ujrzeć nagle właściwych swych rusztowań.
Błędy i nałogi dzieci, jakkolwiek pod pokrywką grzecznego ułożenia schowane, istniały niemniej groźne i tragiczne. Nie poruszało się nigdy ich kwestii, obchodziło się mimo, tak jak ich skrofuliczne tendencje organizmu...
- Tak będzie najlepiej.
Zwolna wyjęczała dziewiąta na miejskich zegarach.
I znów z wyżyny pruć zaczął powietrze hejnał, nawoływał, jęczał, rozdzierał samotne serca, zatopione w sobie albo we własnych wspomnieniach.
Przez myśl Tuśki przesunął się "mąż" - ten chudy, łysawy mężczyzna - drobny, grzeczny, niepozorny, który tak mało miejsca w domu i życiu zdawał się zajmować. Od lat całych "nie widziała" go przed sobą. Był zawsze obok niej, nawet w chwilach zbliżenia. Nie przychodziło jej na myśl spojrzeć na niego, dopiero w chwili odjazdu spojrzała nań całymi oczyma.
Stał na peronie kolejowym w swym zielonawym, wyszarzanym palcie. Wyszedł z biura, aby odprowadzić ją i Pitę. Wydał się jej dziwnie mizernym i postarzałym.
- Jedź, lecz się i uważaj na siebie! - mówił do niej, wychylonej przez okno wagonu. Głos jego był matowy, ochrypły.
Patrzył na nią spłowiałymi oczyma, otoczonymi siatką zmarszczek, lecz zdawał się jej nie widzieć.
- A pisz!...
Chciała i ona coś mu powiedzieć, coś jakby serdecznego, nie mogła jednak naprędce znaleźć nic odpowiedniego.
- Gdyby jednak - zaczęła - to jedzenie w restauracji nie służyło ci... Lecz on uśmiechnął się blado.
- Ach, nie... - wyrzekł niedbale - nie pozwolę odejść kucharce, dopóki chłopców nie wyślę do Kalinówki. Będą jedli w domu. Zresztą to zaledwie tydzień.
- Ja też nie mówię o chłopcach, chodzi mi o ciebie...
Spojrzał na nią troszeczkę zdziwiony i zaraz uśmiechnął się uprzejmie, lecz jakby z przymusem, i pochylił trochę głowę.
- Dziękuję ci, nie troszcz się o mnie. Ja mam zdrowy żołądek... Przechodził chłopiec roznoszący pisma ilustrowane.
- Może ci co kupić? - zapytał.
W tej samej chwili Pita wyjrzała z wagonu.
Błądziła roztargnionym spojrzeniem po peronie, po palcie wytartym ojca, po jego bladym uśmiechu, a policzek jeden miała wydęty angielskimi cukierkami, które wiecznie ssała.
Strona 3