Zaczęła natężać umysł wspomnieniami wydawanych pieniędzy.
- Musieli mi ukraść, czy co...
Aż nią targnęło - zdawało się jej, że jacyś złoczyńcy obdarli ją żywcem ze skóry i taką obdartą pozostawili na słotę i spiekotę słońca.
- Musieli mnie gdzieś okraść. Lecz powoli przychodziła refleksja.
- Nie, nie... zobaczymy...
Liczyła teraz cyfry i doliczyła się rzeczywiście wydanych pieniędzy.
- Ładnie będzie, jeżeli tak dalej pójdzie... nim dojadę do Zakopanego, nie będę miała centa przy duszy.
Znów ogarnęła ją złość na męża.
- Przez niego muszę się martwić i nerwy sobie targać. Nogi ją bolały.
Usiadła na krześle wstawionym we framugę okna. Oparła łokieć, z którego zsunęła się niebieska flanelowa matinka, i patrzała ciągle w przestrzeń. Lecz teraz nie liczyła lamp i nie równała siły światła ze światłem lamp płonących na ulicach Warszawy - cofnęła się jakby wstecz, jakby w głąb siebie i mimo chęci i woli zaczęła przeżywać swoje codzienne, zwykłe życie, tam na Wareckiej, na drugim piętrze, we wnętrzu niewielkiego mieszkania, w którym tłoczyli się w kilkoro, zawsze skryci, nieufni, jakby wszyscy w niedomówieniach i domysłach pogrążeni.
Ten brak szczerości był znamienną cechą całego ich pożycia. Każde dziecko miało już w sobie to coś "między liniami", czego nie wykazywało w chwili nawet, zda się, najserdeczniejszej.
Czy szło to od matki, czy od ojca, tego zbadać nikt nie mógł, bo pomiędzy Tuśką a jej mężem było pod tym względem wielkie podobieństwo, nieledwie identyczność moralna.
- Zawsze politykujemy... - myślała nieraz Tuśka i gdy całowała w głowę wychodzącego z domu do szkoły syna, czuła, że to "polityka", to poddanie się grzeczne chłopca i to jej niby rozserdecznione zbliżenie, ten wiatyk na drogę...
W ciasnym mieszkaniu, gdzie najlepszy pokój stał pustką, "salonem" ochrzczony i zastawiony masą palm i fikusów, nikt z tych ludzi kilkorga nie obijał się o drugiego moralnie ani fizycznie i nikt nikomu przemocą do duszy się nie wdzierał.
Obchodzili się cicho i mieli dla siebie zdawkowe uśmiechy.
Gdy powiększyło się ich grono o jedną jeszcze żywą istotę, przyjmowano ją z pewną kurtuazją, ścieśniając się tylko trochę na przestrzeni życiowej.
- Tak będzie najlepiej, cicho i spokojnie - zdawali się mówić do siebie wszyscy, gdy zgromadzili się przy obiedzie lub wieczornej herbacie.
Rozmawiali wtedy, ale była to rozmowa nie poruszająca nigdy tej drugiej warstwy ich dusz.